dwa kroki do przodu

Minęły ładne 4 miesiące. Ciężkie chwile i gorzki smak ścierania się ze stereotypami minęły. Dostałam wymarzoną pracę.

Małe przedsiębiorstwo w jednym z biedniejszych miast Anglii na dużą skalę operuje na polskim rynku. Szukali mnie – osoby od marketingu, która wzmocni dobrze już prosperującą markę w Polsce. A ja szukałam ich – firmy, która zatrudni mnie w wyuczonym na studiach zawodzie i da ładny tytuł stanowiska, żeby brzmiało dumnie. Udało się, pierwszy angielski pracodawca zaufał w moje umiejętności. Już nigdy nie powinno być gorzej; już raczej nie będę stać za barem, ani szorować cudzych okien przez 8 godzin.

Przeprowadzka uświadomiła mi, jak inne oblicze może mieć raj na wyspach. Jak mlekiem i miodem płynące legendy są naprawdę tak nadmuchane jak mit pierwszego pocałunku. Zamykasz oczy i czujesz nieprzyjemny zapach. Co z tego, że się całujesz, jeśli wszystko co zauważasz to otaczający Cię smród?

Uskuteczniam teorię “kroku do tylu, żeby potem pójść dwa do przodu” – jeśli chodzi o lokalizację. Opowiem o tym miejscu więcej. Niebawem.

Advertisements

Zła strona ulicy

Od tygodnia mieszkam w UK. Lub jak kto woli, w Polaczkowie. Jeszcze nie przyzwyczaiłam się do “złej strony ulicy”. Nadal nie rozumiem dwóch kranów w łazience – oddzielne z ciepłą i oddzielnego z zimną wodą. Język znam bardzo dobrze, dlatego nie czuję się tu nadzwyczaj nieswojo, a tylko trochę inaczej.

Najpierw jest pierwszy szok. Wszyscy są nienaturalnie mili. “Coś nie gra” – myślisz. Trącasz kogoś ramieniem w sklepie, a on Cię przeprasza. Kierowca autobusu żegna się z każdym z wysiadających. Z każdym z osobna, do każdego się uśmiecha. To takie proste: wystarczy kilka godzin, aby się dostosować i samemu ustępować miejsca na chodniku, przepraszać za wczasu, zagadywać do ludzi, którzy kiedyś byli niewidzialni. A raczej, gdzieś na świecie są niewidzialni – w kraju nad Wisłą. Tu, na wyspach, każdy zdaje się mieć znaczenie. Każdego stać na uśmiech. Stać w przenośni oraz stać dosłownie.

Minimalne wynagrodzenie to 6,50 funtów na godzinę. I tu warto zauważyć, że minimalne naprawdę oznacza minimum, a nie standard płacy. Z wielkim żalem wspominam moje różnorakie przygody zawodowe w Polsce. W sklepie z markową odzieżą w modnej galerii handlowej, zaraz po maturze, zarabiałam 5 zł na godzinę, pomimo minimalnej stawki 6,90, a w dodatku szef obciążał nas, pracowników, kradzieżami. Co miesiąc od głodowej pensji odliczano mi co najmniej 100 zł. Robotę rzuciłam po 3 miesiącach. Nie musiałam wtedy pracować. Strach pomyśleć o tych, którzy tak muszą.

Funt stoi za piątkę, więc staram się nie przeliczać cen na złote. Ostatnio mieszkałam w Hiszpanii, więc porównuję do euro. Takie przeliczanie też jednak przysparza trochę kłopotów. Moim zdaniem najbardziej wiarygodną miarą jest przeliczenie ile to czasu pracy za minimalną krajową. Zatem za godzinę pracy w UK na najgorszych warunkach jestem w stanie zjeść lunch w dowolnej kafejce z samym centrum miasta (nie mieszkam w Londynie, ale w innym angielskim sporym mieście; poza Londynem ceny wszędzie są podobne). Do tego kawa lub herbata i jeszcze zostanie parę pensów na waciki. Jeśli zdecyduję się na popularnego take-awaya, na przykład “u chińczyka”, za pełen zestaw, tzn ryż lub nudle + jakieś danie również “wydam” godzinę pracy. Restauracja np. indyjska, bo taki tu wiele, a ja bardzo lubię tę kuchnię, to w wyszukanej wersji, tj. przystawka, coś do picia, pełne danie – 2 godziny pracy za minimalną.

Im dłużej o tym myślę, tym bardziej nie dowierzam. Dostałam pracę tymczasową i zajmuję się marketingiem małego bed&breakfast. Nieźle jak na pierwszy tydzień. Nadal szukam pracy na full time. Miejsca, gdzie aplikuję, proponują 12-15 funtów za godzinę. Tak, do ręki i bez łaski.

Uprzedzę pewien narzucający się wniosek: To nie jest kraj moich marzeń.

O powodach mojego przyjazdu, pierwszych krokach w nowej rzeczywistości, Polakach w UK i Brytyjczykach opowiadać będę niebawem. Dajcie znać, czy coś Was interesuje konkretnego. Chętnie opowiem.


jedenasty jedenasty – c.d. | antagonizmy

Nacjonalizm to nie patriotyzm. Nie można budować miłości na nienawiści.

To stwierdzenie wybrzmiewa mi w głowie od kilku dni. Im dłużej o nim myślę, tym więcej sensu się w nim dopatruję. Jak to się zatem ma do mojego mocnego przekonania, że patriotyzm zawsze jest blisko związany z nacjonalizmem? A więc, zadając pytanie głębiej – czy świat jest zbudowany tylko i wyłącznie na balach antagonizmów?

Antagonizmy codzienne, bez których ciężko cokolwiek definiować:

dobro – zło; słodkie – gorzkie; dzień – noc;

Łatwe. Można wymieniać bez końca. Nie wiesz czym jest dobro, dopóki nie zauważysz zła. Gdyby zawsze panowała noc, nie musiałbyś tworzyć dla niej specjalnej nazwy. Słodycze najlepiej smakują po obiedzie. I tak dalej, i tak dalej…

Zatem pójdźmy o krok dalej w myśleniu, a zarazem o krok bliżej do patriotyzmu:

Czy istnieją zjawiska, które rozumiemy bez antagonizmu? Vide, czy można kochać naprawdę, ale w ogóle nie nienawidzić?

Znacie odpowiedź na to pytanie?


Nienawiść jest łatwa

“Nienawiść jest łatwa, a miłość i przyjaźń wymagają wysiłku. Dlatego właśnie tak łatwo przychodzi nam wybieranie tej pierwszej.”

11 listopada jest według mnie dniem raczej smutnym. To ten moment w roku, gdy Polacy się polaryzują na tyle mocno, że ciężko tego nie dostrzec. Coroczne zamieszki i doniesienia o chuligańskich wybrykach na tle narodowościowym stały się już normą.

To jak to jest z tym patriotyzmem?

Zaszczepiany w zarodku, przemykający pomiędzy zabawkami w dzieciństwie. Znany z hymnu jeszcze w przedszkolu, pokazywany na szkolnym apelu. Przemycany ukradkiem w kawale o Polaku, Rusku i Niemcu. Zszyty z religią jako częścią “polskiej tożsamości”. Zasłyszany w opowieściach babci przy niedzielnym obiedzie – “wyniesiony z domu”.

Skądkolwiek się w nas nie wziął, bolesne skutki  patriotyzmu widać jak na dłoni. Coraz rzadziej słychać o dewastacji żydowskiego cmentarza, jednak swastyki na murach nie przestają być malowane – jak Polska długa i szeroka. Wielu młodych ludzi wpada w pułapkę “miłości do swojego kraju”. Wkręcają się w organizacje prawicowe pod pozorem dbania o pamięć historyczną i walki o silny kraj. Powiem to szczerze: Moim zdaniem nie istnieje nieszkodliwa odmiana patriotyzmu. “Lepsza Polska” oznacza gorsze wszystko pozostałe – wszystko, co Polską nie jest. Silniejszy kraj – słabszych sąsiadów. A to przecież wersje light tego, co patriotyzm oznacza w praktyce.

Zajęło mi to wiele lat, żeby wydostać się z korytarza myślowego rzeźbionego dla mnie z każdej możliwej strony. Dorosłam do tego wniosku, nareszcie. Patriotyzm przynosi złe skutki. Chcę się od nich trzymać z daleka.

 

 

 

 


pocztówka z Chin

Jest pewna magia w pocztówkach z dalekich miejsc…

Siadasz w środku ogromnego zgiełku. Powietrze jest bardzo ciężkie. Każdy oddech przychodzi z trudem. Skromne śniadanie nie pomaga Ci trzymać formy, ale zaraz upragniony obiad z ulicznego stoiska. Hałas wokół, o ile pierwszego dnia nadawał niesamowity klimat, teraz już tylko przeszkadza myślom płynąć swobodnie. A więc siadasz i pół przytomnym długopisem w kilkunastu słowach starasz się zmieścić ten dokładnie moment, w którym właśnie jesteś. Nie zbyt ogólnie – interesuje Cię ciepłe i choć trochę intymne oddanie tego, jaka jest przestrzeń Ciebie otaczająca.  Liczy się ta chwila, gdy rozglądasz się na obcej poczcie i zbierasz w myślach idealne hasła-klucze, pozwalające uchwycić piękno tego właśnie momentu. Podgryzasz długopis, jakby miało to pomóc w koncentracji, a tak naprawdę już po chwili uciekasz myślami do najświeższych wspomnień. Kilka najwyraźniejszych obrazków tej podróży staje Ci przed oczyma i uśmiechasz się do siebie, że jesteś właśnie tu, właśnie teraz, w swoim spełniającym się marzeniu. Jesteś szczęśliwy. Na swój sposób się wzruszasz. Kilka sekund bez ruchu, aby zatopić się w sytuacji… Ostatni uśmiech do siebie i zaczynasz pisać, bo masz już ułożone te parę trafnych zwrotów. Każda literka przekazuje dodatkową treść. Im bardziej na kolanie, tym bardziej dynamiczny wyjazd, tym cięższy oddech kolejki na Twojej poczcie. Tylko jedna wersja, od razu “na czysto”, bez poprawek i zmiany zdania. Starasz się poprawić te bardziej koślawe literki, ale po kilku dodatkowych kreskach stwierdzasz, że to nic nie daje. Gotowe. Pocztówkę wrzucasz do skrzynki i wyruszasz w kierunku kolejnej przygody.

Jest jakaś prawda w każdej pocztówce. Niepowtarzalna prawda…

CDN


Jestem wszędzie

Mam potrzebę. Wiecznie niezaspokojoną potrzebę. Potrzebę bycia wszędzie. Nie ma kraju, do którego nie chciałabym pojechać. Nie ma miejsca, które przerażałoby mnie na tyle, by sobie je odpuścić w bliższych lub dalszych planach. Jest to tak ogromna potrzeba, że nie jestem w stanie stworzyć listy krajów “must be” – ostatnia taka lista została odhaczona w ciągu dosłownie kilku miesięcy.

Teraz piszę z Hiszpanii, z przepięknej Aragonii. Tu zamieszkałam na kilka miesięcy, tu znalazłam pracę i to tutaj uczę się języka z czołówki mojej listy “must know”. Nie jest to ani egzotyczna Kostaryka, ani niebezpieczny Meksyk. Nie chodzi mi o to, żeby było najdalej, najdziwniej, najtrudniej. Bardzo pasjonuję się Europą i podróże po starym kontynencie uważam za nie mniej ciekawe. Hiszpania jest różnorodna sama w sobie. Mnogość języków i dialektów, jakich się tu używa to sam w sobie materiał na książkę. Tutaj spędzanie czasu podyktowane jest głównie temperaturą. Tydzień wakacji to za mało, żeby poczuć smaki i rytmy regionu, dlatego cieszę się, że przyjechałam tu na dłużej. Dzięki temu “czuję” tę kulturę na swój sposób, bo na trochę stałam się jej częścią. A hiszpańskie przysmaki gotuję z pełnym zrozumieniem. Gazpacho nie raz uratowało mnie od czterdziestostopniowego upału 🙂

Moja poprzednia “wielka” podróż to samotna wizyta w Chinach. W azjatyckim zgiełku i chaosie odwiedziłam 4 miasta, poruszając się po kraju środka głównie koleją, wyposażona w duży plecak i dużo energii. To bardzo potrzebne, żeby podróżować “z ludźmi”. Loty wewnątrz Chin są bardzo tanie, niewiele droższe od pociągów, a na polską kieszeń tymbardziej przystępne, gdyż Chiny w ogóle są tanim dla Europejczyka krajem. Nie zrozumiesz jednak przestrzeni, którą przemierzasz, dopóki na swój sposób nie poczujesz tego na własnej skórze. Patrzenie przez okno w trakcie wyjeżdżania z miasta i obserwowanie, jak stopniowo zmienia się krajobraz – to tak naprawdę pozwoliło poruszyć moją wybobraźnię i dać namiastkę tego, z jakim olbrzymem miałam do czynienia. Obserwować ludzi, którzy z prowincji wyruszają do stolicy szukać lepszego życia. Warto nabrać takiej perspektywy. I wiedzieć, że Chiny to dużo więcej niż Pekin i Szanghaj. O tym zapewne będę jeszcze pisać.

Są tacy, którzy bardzo wylewnie mi zazdroszczą. Prawdą jest, że sprawia mi frajdę ten moment, kiedy siadam w środku najbardziej niebywałej chwili, w środku nikąd (a może w centrum wszystkiego?) i dzielę się tym momentem na popularnym portalu społecznościowym. Czy lubię się chwalić? Może trochę. Czy po to te wyjazdy? Nie po to, taniej i wygodniej zkombinować photoshopa.

Powiedziano mi ostatnio, że żyję w “terrorze jeżdżenia”. Że społeczeństwo wbiło mi do głowy to, że podróże są wymiernikiem współczesnej wartości młodego człowieka. Ile w tym prawdy? Pewnie sporo. Kto, jak nie społeczeństwo, wykształcił we mnie ten wewnętrzny przymus odwiedzenia całego świata? Istnieje jednak jeszcze mocniejsza teza, idąca o krok dalej:

Podróże to ucieczka przed samym sobą. I przed ciszą. Podróż jako swoisty sposób na problemy ze swoją tożsamością i z sobą samym w ogóle.

Z tym zdaniem nijak nie mogę się zgodzić. Tam, samemu, daleko. Właśnie tam dokładnie możesz poczuć kim jesteś i skąd pochodzisz.

Nigdzie nie czułam się bardziej, jak ja sama, niż w nocnym pociągu z Hohhot do Pekinu, w którym otoczona w najbliższej okolicy dwudziestką Chińczyków i Mongołów, zaczepiana jako jedyna biała w pociągu, rysowałam mapę Europy na papierze toaletowym tłumacząc, gdzie leży “Bo-lan”.


Jestem nikim

Powiedzmy sobie to jasno. Praktycznie na nic w naszym życiu nie mamy wpływu. Otrzymawszy określony bagaż genetyczny, dorastawszy w przypadkowej/podstawowej jednostce społecznej, wreszcie przebywawszy w określonej przestrzeni politycznej i społecznej – jesteś kimś w rodzaju lustra tego wszystkiego, co Cię otacza. Właściwie tylko gdy coś Cię poważnie zniszczy, doszczętnie do tego stopnia, że popękasz i skleisz się od nowa, można uznać, że jesteś jakiś, że masz coś swojego. Swoje blizny – linie składania siebie na nowo – to jedyne, co naprawdę Twoje.

Przecież nie odkrywam Ameryki. Skąd więc przekonanie o “byciu kowalem swojego losu” i “ważeniu piwa, które trzeba wypić”?  Tak złożony system, jak ten świat, nie pozostawia pustych przestrzeni dla dowolności. Nie ma braku koloru; jest tylko brak światła kolor ukazującego. Nie ma braku zapachu; to nasz nos jest zbyt nieczuły, by go dostrzec. A poza skalą naszych zmysłów jest więcej, niż sobie na codzień uświadamiamy. A poza naszą świadomością, nawet zbiorową, jest więcej niż pojmują umysły najstarszych uczonych.

Jak dojrzewasz do tego spostrzeżenia, zauważasz, jak marny jest Twój wpływ na cokolwiek – jak sobie w ogóle z tym poradzić?

Pełna świadomość tej nicości siebie samego, tej wszechogarniającej przestrzeni wszechrzeczy, wszechludzi, wszechniczego… logicznie nakazywałaby się od razu zabić. Przecież nic z tego nie wynika… To dlaczego nadal żyję?